Dowódcy synchronizują zegarki. Na most wbiec mamy bez względu na wszystko o godzinie 13:15...



Bunkerkanonen am Albertkanal - 3,7 cm Pak w walce z bunkrami nad Kanałem Alberta



Kalendarz imprez grupy


[Rozmiar: 20611 bajtów]


Autorzy Autorzy Autorzy Bibliografia Marsze Galeria
[Rozmiar: 2610 bajtów]
Rekrutacja




Jeden dzień z walk czołgów

W 1936 r. wybucha wojna domowa w Hiszpanii. Oprócz lotnictwa, Niemcy - transportem morskim ze Szczecina - wysyłają do Hiszpanii ochotników z armii lądowej. Tworzą oni w ramach Legionu Condor grupę Imker (niem. "pszczelarz"), pod dowództwem Oberstleutnanta Wilhelma Rittera von Thoma - składającą się z kompanii czołgów, kompanii transportowej, plutonu łączności, kompanii warsztatowej. Oddziały pancerne tworzą grupę Drohne (niem. "truteń"). Należą do niej m.in. ochotnicy z I i II batalionu 6 pułku pancernego 3 "berlińskiej" Dywizji Pancernej. Głównym zadaniem Niemców jest szkolenie żołnierzy hiszpańskich. Odbywa się ono nie tylko w kilku szkołach (m.in. Casarrubuelos, Oropesa, Granada, Pampeluna), ale także poprzez wspólny udział w działaniach bojowych. Poniżej zamieszczamy wspomnienia, należące do niemieckiego czołgisty, jednego z członków grupy Drohne, opisujące jeden dzień z walk czołgów na froncie w Hiszpani - podczas bojów nad Ebro, w lipcu 1938 r. Wyposażenie oddziałów pancernych stanowiły czołgi Panzer I (w takim właśnie walczy autor wspomnień). Chętnie wykorzystywano też lepsze - bo wyposażone w działko - zdobyczne T-26 produkcji radzieckiej.

Zapada noc. Przez miejscowość V. jedzie kilka czołgów. Strzelcy siedzą na wieżach - zmęczeni i zakurzeni, być może także trochę przybici. To kompania, która poniosła duże straty, wracająca pod koniec trzeciego dnia ofensywy nad Ebro do swojego miejsca zgrupowania na wschód od Villalba.
Siedzę z Unteroffizierem M. i tłumaczem W. przy ognisku, jemy jednolity wikt: "sardynki w oleju z chlebem". Jakże inaczej jest tej nocy w Campamento (obozie polowym). Praca przy czołgach jest taka sama jak po walce, ale nie ma radosnego nastroju jaki zwykle panuje po ataku. Czy to zresztą nie jest zrozumiałe?
Kompania przez trzy dni atakowała te same wzgórza, przez trzy dni czołgi jeden za drugim z wysiłkiem jeździły naprzód przez te same, strome, skaliste drogi górskie - drogi, na których nie ma możliwości ucieczki, na których pojazdy ledwie mogą zawrócić, bo po lewej pną się stromo góry, a po prawej drogi opadają ostro ku dolinie. Pierwszego dnia mogliśmy przeprowadzić atak tylko przez kilkaset metrów, bo flankujący ogień dział przeciwpancernych i artylerii czerwonych uniemożliwił w ogóle przekroczenie przesmyków górskich. Tego dnia z wytęsknieniem oczekiwaliśmy - kucając za naszymi czołgami na ziemi - zapadnięcia nocy, która przyniosłaby koniec bezczynnemu czekaniu i ostrzałowi czerwonych.
Atak drugiego dnia przyniósł nam posiadanie jednego wzgórza; inne, leżące za nim zostało przez nas - czołgistów - wprawdzie osiągnięte, nie mogło być jednak tego dnia obsadzone - nasze oddziały szturmowe zostały w wąwozach zdziesiątkowane flankującym ogniem karabinów maszynowych czerwonych, zajmujących ukryte pozycje wśród gór.
A co przyniósł nam trzeci dzień?! Jeszcze raz atak na wzgórze, o które toczyły się zażarte walki; bo w nocy czerwoni odbili je przy pomocy granatów i bagnetów i przy tym wybili albo wzięli do niewoli prawie całą kompanię. Ośmiu zabitych i czternastu rannych kosztowały kompanie te trzy dni. Pytamy się siebie, co przyniesie nam czwarty dzień. Jeszcze raz walkę o te same wzgórza, w terenie, w którym musimy walczyć bardziej przeciw skałom i trudnościom terenowym, niż przeciw ludziom?
Godzina 22:00! Dowódca kompanii do Teniente-Coronel (podpułkownika). Wydawanie rozkazów: "Kompania rankiem zaatakuje wraz z dwoma pułkami; pierwszy cel ataku: wzgórze 522, później należy zdobyć drugie wzgórze. Początek ataku: godzina 10:00; artyleria i lotnictwo przygotują stanowiska wroga do szturmu."
Tego czwartego dnia ofensywy zostajemy obudzeni przez nalot bombowy czerwonych na miejsce zgrupowania naszych czołgów. Z trzydziestu bomb tylko cztery spadają między wozy, bez wyrządzania większych szkód. O 7:00 opuszczamy miejsce zgrupowania i jedziemy w bezpośrednie sąsiedztwo naszych linii przed wzgórzem. Ponad nami wyją i zawodzą pociski 42 włoskich i hiszpańskich baterii, między tym rozpoznajemy ostry dźwięk wybuchających pocisków z niemieckich baterii flak, rozbrzmiewający echem w górskich dolinach. Przeznaczone do szturmu wzgórza są niczym dymiący olbrzym, który wyrzuca tysiące ognistych języków. Ze strony wroga nie pada żaden strzał. Nasze oddziały szturmowe leżą wyciągnięte wokół czołgów i korzystają z ostatniego odpoczynku przed atakiem. Wraz z mym tłumaczem i hiszpańskim dowódcą mojej kompanii obserwuję z okopu działanie naszego przygotowania artyleryjskiego. Trafienie za trafieniem w stanowiska wroga, tu i tam lecą w powietrze oszalowania zniszczonego wybuchem stanowiska, w kilku miejscach pali się las. Ale jeszcze nie dość. O 8:00 pojawiają się nasze bombowce. Setki bomb wszystkich wielkości spada na stanowiska czerwonych. Jak grzyby rosną tworzące się z dymu i ziemi obłoki eksplozji, przez sekundy unoszą się w górę, aby potem powoli rozpłynąć się i połączyć w gęstą, czarną zasłonę, która całkowicie zasłania na dwadzieścia minut wzgórza. Nasze baterie strzelają bez przerwy. O 4:45 i 9:15 pojawiają się jeszcze raz bombowce, jeszcze raz ziemia drży od wybuchów ich bomb.
Wtem - jasny warkot silników. Nad nami przelatują myśliwce, Messerschmitty i Fiaty, i w zapierającym dech w piersiach locie nurkowym przystępują do ataku na niskim pułapie, na stanowiska czerwonych. Serie ich karabinów maszynowych sieką w linie wroga, w głośnym hukiem eksplodują ich małe bomby odłamkowe; osiągnięto ostatni etap przygotowania do ataku. Jest 9:45; ruszamy za piętnaście minut. Teren zostaje jeszcze raz zbadany przez lornetkę, plan ataku omówiony z dowódcami kompanii szturmowych.
Biegiem z powrotem do czołgów, zapalamy silniki, a pojazdy przygotowujemy do boju. Wtedy nagle milknie nasza artyleria. Śmiertelna cisza nad polem walki, tylko uspokajający terkot naszych silników przypomina nam o powadze tej godziny. Ruszamy. Dwa plutony przekraczają w kolumnach na dwóch równolegle do siebie biegnących górskich ścieżkach własne linie. Pojazdy tylko powoli mozolą się naprzód po skalistej, wznoszącej się ścieżce. Nie widać wroga, nie pada żaden strzał. Tak, jakby wróg miał jeszcze strzelać! Po tym gradzie żelaza tam po jego stronie nie może być już życia. Przez tylny wizjer wieży spoglądam do tyłu. Nasza piechota, z powiewającymi Banderas, opuszcza właśnie okopy i rozwija się do ataku - wtedy czerwone karabiny maszynowe zaczynają siać zniszczenie w szeregach. Zastyga wszelki ruch. Za blokami skał i zafalowaniami terenu wszyscy szukają jakiegokolwiek schronienia. Spoglądam naprzód. Tuziny ogni wylotowych udowadniają mi, że mimo trzygodzinnego przygotowania ogniowego wróg jeszcze żyje, a nawet gotowy jest do najtwardszego oporu. Nasza droga ataku prowadzi prawą stroną, obok wzgórza. Jako, że teren nie pozwala na opuszczenie drogi, jedziemy tak daleko naprzód, aż mamy wzgórze na swojej prawej flance.
Tam zatrzymujemy się i otwieramy ogień z naszych karabinów maszynowych. Powoli i z wykorzystaniem wszelkich ukryć piechota posuwa się pod naszą osłoną naprzód. My stoimy bez nieosłonięci na drodze, burtą do wroga. Z głuchym stukotem serie karabinów maszynowych bębnią o nasz pojazd. Na szczęście wróg nie ma obrony przeciwpancernej, bo inaczej nasze położenie tutaj byłoby nieznośne. Jednak - nagle odczuwamy uderzenie większych pocisków; jako, że jednak nie przebijają pancerza, może chodzić tutaj tylko o ciężkie karabiny maszynowe. Zapach ołowiu w czołgu! Widzę jeszcze, jak mój kolega w największym spokoju zamyka właz, który został podrzucony przez pocisk. Ogień wroga, mimo dobrze trafiającego naszego, nie traci na intensywności. Przez optykę nie jesteśmy w stanie znaleźć leżących między skałami ukrytych karabinów maszynowych.
Sytuacja staje się poważna. Nie możemy jechać dalej naprzód. Czołg z awarią silnika przed nami blokuje drogę. Od dwóch godzin stoimy już na tym samym miejscu, dla wroga będąc świetną tarczą celowniczą. Kończy się nam amunicja. Piechoty nie widać, musi się posuwać naprzód na prawo od nas, w gęstych zaroślach. A może atak znów zaległ, może znowu, jak w poprzednich dniach, nas odrzucono? Wtedy woła Unteroffizier: "Herr Leutnant, piechota!" 300 metrów pod pozycją wroga posuwa się na górę. Teraz zadanie dla nas - przydusić wroga. Prowadząc dobrze wycelowany ogień wystrzeliwujemy naszą ostatnią amunicję. Zaraz nad głowami naszej piechoty wymiatają serie naszych karabinów maszynowych. Pod osłoną tego ognia piechota podchodzi na bezpośrednią odległość od okopów. Przestajemy strzelać, aby nie zagrażać naszym ludziom. Potem naszym oczom ukazuje się robiący wrażenie obraz. Na 50 metrów przed czerwonymi okopami piechota wyskakuje zza osłon, szturmuje pod rozwiniętymi chorągwiami przez drut kolczasty, i już musi być w okopach. Ale wróg wykorzystuje ostatni środek obrony.
Granaty ręczne lecą naszym oddziałom naprzeciw, atak na sekundy utyka, podrywa się jednak znowu. Kilkoma odważnymi skokami pierwsi docierają do przednich okopów. Na wzgórzu łopocze już czerwono-żółto-czerwona flaga nacjonalistycznej Hiszpanii. Z podniesionymi rękami, z góry zbiega 200 jeńców, ku drodze, na której stoimy naszymi czołgami. Otwieramy włazy i widzimy przeszyte strachem twarze, z których można odczytać niewymówione błaganie o łaskę. Naturalnie zostaną oszczędzeni; bo odczuwamy honorowy podziw i respekt przed tym wrogiem, który przez cztery dni, mimo bomb i granatów dzielnie się bronił. Ponad setka czerwonych żołnierzy leży martwa na opuszczonych stanowiskach.
W międzyczasie zrobiła się już 13:00. Zdobyto jedno wzgórze, ale trzeba jeszcze zdobyć dwa następne. Dwa czołgi zostają odesłane do tyłu, by przywieźć amunicję, piechota zbiera się, kompanie odwodowe idą naprzód, w celu uzupełnienia batalionów szturmowych, żołnierze kompanii sanitarnych zajmują się swoimi rannymi kolegami. Ja z tłumaczem, hiszpańskim oficerami z kompanii czołgów i Comandante batalionu szturmowego udaje się na właśnie zdobyte wzgórze, aby przyjrzeć się terenowi dalszego ataku.
Na pół-lewo od naszej drogi ataku znajduje się drugie wzgórze. Wielka góra wznosi się wysoko nad resztą terenu. Jako, że droga zbacza kilkaset metrów przed wzgórzem, pozostaje nam tylko atak frontalny. Będziemy atakować w klinie, przez 800 metrów otwartego i pozbawionego osłon terenu i przez sześć murów winnic, z których ostatnie trzy mają wysokość prawie metra. Plan zostaje omówiony z piechotą.
Gdy idziemy z powrotem do czołgów, które w tym czasie uzupełniły znów amunicję, widzimy, jak za naszymi plecami gęsta ściana dymu zasłania wszelką widoczność. Czerwoni strzelają ogień zaporowy. Ogień naszych baterii leży już na trzecim wzgórzu. Z pewnością przyjęli, że drugie zostało już przez nas zdobyte. Jako, że połączenie telefoniczne na tyły jest przerwane, a mimo bezgranicznego poświęcenia łącznościowców nie udaje im się naprawić go w rejonie ognia zaporowego, nie ma możliwości zażądania od artylerii przeniesienia ognia na ostatnie wzgórze. Nie ma także połączenia wzrokowego, z pewnością ogień zaporowy czerwonych zasłania punktom obserwacyjnym wszelką widoczność. Czy z tego powodu powinniśmy zrezygnować z dalszego natarcia? Nie - i jeszcze raz nie! Duch ataku pcha wszystkich naprzód; jesteśmy pewni swojego i musimy, i zrobimy to też bez bombowców. Po uzgodnieniu z piechotą o 14:30 ruszamy do nowego ataku. Czerwona artyleria ostrzeliwuje teren bez planu. Nasz czołg jedzie jako drugi, za dowódcą kompanii. Wroga zasłania nam jeszcze fałda terenu, gdy musimy się znów zatrzymać, by poczekać na drugi i trzeci pluton, którego jeszcze nie widać. W tej chwili goniec przynosi nam niezupełnie miłą wiadomość: pierwszy wóz drugiego plutonu ma uszkodzenie wózka, zablokował drogę a obejście inną drogą jest nie do pomyślenia.
Po krótkim zastanowieniu się podejmujemy decyzję. Nie będziemy kazali siedzieć piechocie, która już dotarła. Pierwszy pluton atakuje sam, pod osłoną zdobycznego, radzieckiego czołgu. Tak szybko, jak pozwala na to teren, podjeżdżamy naprzód drogą, skręcamy na lewo i tworzymy klin. Uderza w nas wściekły ogień km. Nasz pojazd bez wysiłku pokonuje pierwsze mury. Gdy pokonujemy czwarty, po prawej i lewej nie widzę już żadnego czołgu. Spojrzenie do tyłu wyjaśnia wszystko. Wszystkie czołgi zawisły na pierwszych murach – spadły gąsienice. Tak się poprzechylały, że nie mogą już strzelać.
"Eksplozje pepanc., na lewo od nas" woła jeden kolega, drugi widzi eksplozje przed, a ja za naszym pojazdem. Rosyjski czołg strzela z odległości około 400 metrów w flankę naszego ataku. Po kilku strzałach dostrzega go jednak nasz czołg z działem i niszy czterema bezpośrednimi trafieniami. Powoli, ale nieprzerwanie wspinamy się po zboczu. Przy każdym murze na chwilę się zatrzymujemy, wypruwamy kilka magazynków, potem jedziemy naprzód przez przeszkodę. W końcu stajemy przed ostatnim murem, 50 metrów od okopów czerwonych. Teraz przystajemy na dłużej i bierzemy pod ogień każdą strzelnicę. Narzucone luźno jako przedpiersie kamienie toczą się na dół, w tak powstałej luce widzę żołnierzy czerwonej milicji uciekających stamtąd okopem w lewo. Karabiny skierowane w to miejsce, i ogień przy każdym ruchu wroga! Lewy km już od kilku minut strzela tylko ogniem pojedynczym, wykorzystuje tylko prawy. Gdy za nami zza osłony wychodzi nasza piechota, po lewej odzywa się km Maxima. Strzela jak szalony w nasze szeregi. Nie mogę dosięgnąć go ogniem, bo leży osłonięty skałą. A więc tylko jedna możliwość: dalej naprzód, przez okop i złapać km od tyłu. Dobrze przejeżdżamy przez ostatni mur, bez trudności pokonujemy drut kolczasty, zaraz będziemy w okopie.
Staje się jednak inaczej. 50 metrów od pozycji nasz pojazd wpada w lej po bombie, gubimy gąsienicę. Teraz dopiero sytuacja robi się poważna. Pierwsze spojrzenie - w stronę piechoty. 400 metrów za nami powoli posuwa się w górę. My trzej wiemy, że jest tylko jedna szansa: strzelać ile wlezie, aby tak długo przydusić wroga, aż podejdzie nasza piechota. Właśnie w tym krytycznym momencie karabin zacina się. Zachowanie wroga nie pozostawia nam wątpliwości, że jest świadom naszego położenia; bo równie szybko, jak wcześniej uciekali, coraz więcej czerwonych wraca do położonego naprzeciw nas okopu. Zaraz załatwią nasz czołg bombami z dynamitu i granatami.
Gołymi rękami zmieniam, tak szybko jak to możliwe, rozżarzoną lufę, podczas gdy mój kolega strzela lewym karabinem ogień pojedynczy. Szczęście jest z nami. Żaden granat, żaden dynamit nie ląduje przed naszymi gąsienicami. Zacięcie zostaje szybko usunięte. Posyłamy wrogowi jeszcze 3 magazynki i dociera do nas piechota. Otwieramy włazy, wyskakujemy z wozu i wraz z piechurami jesteśmy wśród pozycji czerwonych. Zdobywamy km, stojąc wystrzeliwujemy magazynki naszych pistoletów do uciekającego wroga. Ostatnie wzgórze jest nasze! Jeden z nas wyrywa nadchodzącemu żołnierzowi piechoty banderę z rąk i umieszcza ją - widoczną z daleka - na wzgórzu, podczas gdy ja, dla orientacji naszych lotników rozkładam na ziemi znak "przednia linia". Oglądamy teraz nasz czołg: jest usiany szarymi kropkami od pocisków km. Wszystko, co znajduje się na zewnątrz pancerza, jest postrzelane, albo wcale już tego nie ma. Jesteśmy dumni z tego, jak dobry jest nasz pancerz, ale jeszcze dumniejsi z dzisiejszego dnia. Niemcy po raz pierwszy stawiają stopę na wzgórzu, o które toczą się zażarte walki, Niemiec jako pierwszy unosi w górę banderę.

Deutsche Kämpfen in Spanien, str. 115-122, Berlin 1939, tłum. Hainrich



Wśród bolszewików zapanowało zamieszanie. Miotacz ognia niósł do okopów śmierć...


3. Dywizja Pancerna została utworzona 15 października 1935 r. w Wünsdorf niedaleko Berlina. Nazywana była "Dywizją Niedźwiedzia"...



Stalingrad - reportaż radiowy o walkach miejskich z września 1942 r. w .mp3!



FmW 41 - powstanie, budowa, zastosowanie



Rakietnica Leuchtpistole LP-38


Śpiewnik saperski - ściągnij .mp3