Dowódcy synchronizują zegarki. Na most wbiec mamy bez względu na wszystko o godzinie 13:15...



Bunkerkanonen am Albertkanal - 3,7 cm Pak w walce z bunkrami nad Kanałem Alberta



Kalendarz imprez grupy


[Rozmiar: 20611 bajtów]


Autorzy Autorzy Autorzy Bibliografia Marsze Galeria
[Rozmiar: 2610 bajtów]
Rekrutacja




W drodze - wspomnienia kierowcy sanitarki

Gefreiter Grandy, batalion sanitarny z Wirtembergii


Związek Radziecki, późne lato 1941 r.
Warkot pracujących silników. Cztery sanitarki naszego wirtemberskiego batalionu sanitarnego już załadowano — w środku jest 16 ciężko rannych.
"To jak, daleko jedziemy?" spytał głos z pojazdu. Po dialekcie poznałem Austriaka. Otwarłem drzwi wozu. Na górnych noszach leżał Feldwebel. Sowiecki granat rozerwał mu prawe ramię. Grube, białe opatrunki owijały teraz jego resztki.
"150 kilometrów, około siedem godzin". "To daleko", powiedział ze swoim śpiewnym, wiedeńskim akcentem, a ja poczułem, że mówił to także za innych, którzy spokojnie i cicho leżeli na noszach, z twarzami wyrażającymi tę dzielną pewność siebie, którą dają rany i przeżyte bóle.
"Jeździmy dobrze i ostrożnie", uspokoiłem ich. Wtedy przerwała nam komenda: Przygotować się! — Wszystko gotowe? — Gotowe!

Spokojny rytm silnika zastąpił wibracje, które do tej pory jako powstrzymywana siła przebiegały przez pojazd. Jechaliśmy, zboczyliśmy z drogi brukowanej na polną, ciągnącą się daleko przez wzgórza, z których zebrano już plony, na południe. We wzbijających się, żółtych obłokach pyłu pojazdy przypominały cienie. Z wnętrza sanitarki zawiewało potem i krwią. Mimo dużych odstępów między pojazdami drobny kurz osiadał na twarzy i dłoniach, na wszystkim, mieszał się z perlącym się potem tworząc lepką, brudną warstwę. Po godzinie skręciliśmy w lewo, zjechaliśmy z polnego traktu na na poły porządną drogę, mocniej utwardzoną. Mogliśmy jechać nieco szybciej i wkrótce dotarliśmy do wymarłego miasta nad rzeką, które w ucieczce opuszczonego przez sowietów. Do odgłosu silników głucho wmieszał się dźwięk wystrzałów artylerii, która strzelając przez rzekę przesyłała wrogowi swoje pozdrowienia.
Po krótkiej chwili zatrzymaliśmy się. Szosa biegła tutaj, dalekim zakrętem, na zachód. My musieliśmy jechać na północ. Ale to, co biegło na północ i miało być droga, było gliniastym bagnem. Z pewnością musiało tu przed paroma godzinami mieć miejsce oberwanie chmury, które szybko zamieniło ziemię w mlaskającą, gęstą breję. Przez to mieliśmy jechać z rannymi? Musieliśmy! Słońce było już nisko na zachodzie; trzeba było się pospieszyć, by nadrobić jeszcze trochę drogi przed zmrokiem. Ranni dostali herbatę i suchary, zostali na nowo ułożeni i podniesieni na duchu przyjaznymi słowami. Jeden z nich poprosił o papierosa. Kiedy blask małego ognika rozjaśnił mu twarz, napięcie powściąganego bólu jak ręką odjął zamieniło się w spokojne zadowolenie.
Pojazdy na pierwszym biegu ślizgały się przez błoto, uskakiwały na bok, znów wracały na kurs i znów zjeżdżały. Cztery, pięć razy silne dłonie i ramiona wypychały pojazdy z błota. Po cichu nadszedł wieczór — niezauważalnie niemal, a mimo to z minuty na minutę czuliśmy, jak światło niknie, chowa się za wzniesienia, matowo rozświetlając ich zakurzone grzbiety, a potem ucieka za szare, ciemne ławy chmur, zdające się niemal dotykać ziemi. Jadąca z naprzeciwka ciężka ciężarówka wpadła w poślizg, zmusiła mnie do ostrego skrętu w prawo, a gdy starałem się znów wrócić na jezdnię, uderzyła w mój błotnik i kołpak rozrywając je. Mój piękny wóz!
Dalej! — kraj ten w ciemności wydawał się jeszcze większy, bardziej bezkresny. Nad nim blask migoczących gwiazd, jak jedyna prawdziwa ozdoba, jaka została temu biednemu, zniewolonemu krajowi.

Na przedzie zator. Ciemne obrysy ciężkich ciężarówek w poprzek drogi. Koła zakopały się głęboko w błocie. Krępe sylwetki mocowały się z linami i przeciwpoślizgowymi dywanami wiązanymi. Nic nie pomagało, pojazdy zapadały się coraz bardziej. My jednak koniecznie musieliśmy przejechać. Wstrzymywane jęki rannych dotykały nas, jakbyśmy to my sami leżeli w bólach tam w pojeździe. Ta droga, na której ranni zostali powierzeni naszej trosce, była naszym osobistym przyczynkiem, udziałem w ich losie. Odczuwało się ich bóle, czuło się ich żal z powodu utraconego, widziało się jednak też wznoszącą się dzielność serc, jak jasne światło, które pozdrawiało życie ponad ciemną nocą. [...]
Jeden z nas wyszedł i szukał wśród wznoszącego się terenu łąkowego objazdu. Udało się to, co mieliśmy za niemożliwe. Na pełnym gazie, z gorącymi silnikami wjechaliśmy na stok. Gdy chcieliśmy kontynuować jazdę, jeden z pojazdów stanął i nie chciał jechać dalej ni naprzód, ni w tył. W końcu jednak, po długich wysiłkach, udało nam się na nowo go uruchomić. Na drugim biegu wjechał z warkotem w kolumnę.
Światło zaciemnionego reflektora wydobywało z ciemności mały kawałek wilgotnej ziemi. Oczy trzymały się do bólu tego małego źródła światła. Tu i tam pojazd spadał z drogi. Ostrożnymi kontrami sprowadzałem go znów na jezdnię. Powoli mijały godziny. Silnik śpiewał monotonną pieśń. Spadł lekki deszczyk i niczym cienka i delikatna zasłonka pokrył szybę. Wycieraczka z pomrukiem wycierała jej kawałek.
"I jeszcze deszcz" — zauważył sąsiad w szoferce. "Już my sobie damy radę", odpowiedziałem i zapaliłem papierosa. Mała iskierka ożywiała; przez półotwarte okno wylatywał, ciągnąc się, dym. Nagle widzę światła stopu sanitarki jadącej przede mną. Nacisnąłem na hamulec. Samochód zatrzymał się. Z wozu i sprawdzić co jest grane. Prowadzący pojazd zjechał z drogi i oboma kołami wpadł w rów. Jak przeciekający statek przechylił się mocno na lewo.
"O stary, przechył na burtę", powiedział głos z ciemności. Potem wzięliśmy się do roboty. Ranni zostali wyładowani, owinięci w ciepłe koce i położeni na jako—tako suchym miejscu. W międzyczasie przestał padać deszcz. Przed jasną tarczą księżyca przebiegały poszarpane obłoki, a gdy z pomocą siły silników i liny od tyłu znów wciągnęliśmy pojazd na drogę, między pędzącymi chmurami znów zabłysnęły gwiazdy.
Ciemność znów czekała. Była podstępna i tajemnicza. Po godzinach, które nieubłaganie i nieprzyjaźnie kapały na szalę czasu, pojazdy wjechały na bruk. "Będzie miasto", powiedział mój kolega z szoferki. Miasto! Dla naszych rannych oznaczało to spokój i opiekę, czyste łóżka i leczenie, może nawet ojczyznę; a dla nas — nieco snu.

W matowym świetle zaciemnionych lamp nocnych tyłowego lazaretu wyładowaliśmy rannych. Zapach chloru i eteru wypełniał pomieszczenie. Mój Feldwebel zrobił się trochę blady.
"Wiesz co?" powiedział do mnie, gdy staliśmy w długim korytarzu. "wiesz, chciałbym zobaczyć jeszcze katedrę św. Stefana katedrę św. Stefana!" — "Zobaczysz niedługo, na pewno niedługo", odpowiedziałem. "Za trzy tygodnie będziesz może już w domu!". Lekko się do mnie uśmiechnął i z wdzięcznością uścisnął moją dłoń.

Pojazd był pusty. Dolatywał z niego słodkawy zapach opatrunków, wyziewów i krwi. Poszliśmy spać. W budynku dla kierowców owinąłem się w koc i podciągnąłem nogi. Znów podczas drogi mieliśmy ból za towarzysza. Ale z każdym jednym razem wrastaliśmy w to, w krąg małych i wielkich obowiązków. Czuliśmy siłę dusz, które dźwigały się nad najgłębszą przepaścią jak skowronek i ciągnęła do światła. [...]
Wskazówka doszła do czwartej, jechaliśmy jakieś dziesięć godzin. Myśli krążyły jeszcze wokół obrazów tych chwil, potem opadły jak liście i pozwoliły nam spać głęboko i bez snów. Wczesnym rankiem znów terkotały silniki. Jechaliśmy z powrotem tą samą drogą, do miejsca naszej służby. Bo tam znów czekali na nas koledzy, których przejmowaliśmy z leczących rąk lekarza, którym pomagaliśmy i których przewoziliśmy.

Źródło: Die Soldatische Tat - im Osten, 1941 r, str. 162-165, tłum. Hainrich



Wśród bolszewików zapanowało zamieszanie. Miotacz ognia niósł do okopów śmierć...


3. Dywizja Pancerna została utworzona 15 października 1935 r. w Wünsdorf niedaleko Berlina. Nazywana była "Dywizją Niedźwiedzia"...



Stalingrad - reportaż radiowy o walkach miejskich z września 1942 r. w .mp3!



FmW 41 - powstanie, budowa, zastosowanie



Rakietnica Leuchtpistole LP-38


Śpiewnik saperski - ściągnij .mp3