Dowódcy synchronizują zegarki. Na most wbiec mamy bez względu na wszystko o godzinie 13:15...



Bunkerkanonen am Albertkanal - 3,7 cm Pak w walce z bunkrami nad Kanałem Alberta



Kalendarz imprez grupy





[Rozmiar: 20611 bajtów]


Autorzy Autorzy Autorzy Bibliografia Marsze Galeria
[Rozmiar: 2610 bajtów]
Rekrutacja


Niespokojny punkt opatrunkowy
Argony 1940 r.



Pomoc rannym (w tym wypadku z dywizji SS-Totenkopf),
kampania na Zachodzie - 1940 r.

wspomnienia: Oberarzt Dr. Dirrigl
Po trwającym tylko cztery godziny nocnym odpoczynku III. Batalion od godziny 7 rano idzie — w palącym upale, bez przerwy obiadowej — bez przerwy naprzód, przez gęste i kłujące zarośla rozłogów Lasu Argońskiego. Niejeden przypomina sobie pieśń o Lesie Argońskim i nuci. Pamiętna, bogata w wydarzenia z poprzedniej wojny nazwa przytłacza duszę. Ale naprzód, naprzód i nie rozmyślać! Kompanie osiągają jeden cel ataku po drugim i już trzykrotnie musieliśmy przenosić punkt opatrunkowy.
*

Teraz jesteśmy na dworcu miejscowości Villers-Daucourt. Znów urządzamy punkt opatrunkowy. Jest wyposażony tylko w dwa tornistry sanitarne i dwie torby lekarskie, bo pojazd ze sprzętem sanitarnym tak jak i inne nie dotarł jeszcze z powodu deficytu dróg w tym terenie. Ale od biedy można sobie poradzić. Jadę z pewnym Sanitäts-Feldweblem do punktu obserwacyjnego batalionu, znajdującego się zaraz obok drogi na Villers, kilometr od miejscowości. Na drodze jesteśmy widziani przez wroga. Przelatuje obok nas kilka strzałów ze zwykłych karabinów i z karabinów maszynowych. Szybko, na krótko do rowu przy drodze i zaraz znowu dalej. Na punkcie obserwacyjnym w celu otrzymania wytycznych zebrali się wszyscy dowódcy kompanii i podporządkowanych jednostek. Dowiaduje się, że przed nami duża bitwa. Pospiesznie pędzę z powrotem do punktu opatrunkowego. Właśnie dociera pojazd ze sprzętem sanitarnym, który został sprowadzony przez gońca stojącego na głównej drodze. Rozpoczyna się pospieszna praca. Z użyciem łóżek z budynku dworca urządzone zostaje miejsce dla rannych. Przyniesiona zostaje woda do mycia, przygotowane wyposażenie sanitarne, wygotowane zostają strzykawki i instrumenty. Na stole z białym płótnem leżą przygotowane środki opatrunkowe, opaski zaciskowe, tabletki i ampułki.

Wszystko wskazuje na ciężką bitwę. Odgłosy walki z najbardziej wysuniętych linii coraz bardziej przybierają na sile. Po drugiej stronie nasypu kolejowego w bezpośredniej odległości od nas stanowiska zajmuje nasza artyleria i zaczyna się wstrzeliwać z głuchym hukiem. Zostają już przyniesieni pierwsi ranni, którzy zostają starannie opatrzeni. Przez radio żądam poprzez punkt dowodzenia dosłania więcej sanitarek z dywizji. Potem udaję się trzykrotnie po bliższe informacje do punktu dowodzenia batalionu. Tam dowiaduje się, że Francuzi bronią się w dobrze rozbudowanych stanowiskach polowych, które mają być zaatakowane o godzinie 19:15.

Punkt 19:00 ze wszystkich luf strzela nasza artyleria, domy Villers-en-Argonne ogarnia dym i ogień. Ledwie jednak kończy się pierwszy ostrzał, gdy Francuzi odpowiadają. Najpierw jest to tylko kilka pojedynczych pocisków, które głośno wyjąc eksplodują wśród pierwszych linii. Potem jednak jest tego więcej, eksplodują w bezpośredniej odległości od dworca, i teraz na nasze stanowiska spada morderczy ogień artyleryjski. Nie ma wątpliwości, że wróg jest bardzo silny i że broni się aż do ostatniego.
*

Ze wszystkich stron przynoszeni są ranni. Leżą z bladymi twarzami, z ich ust dobywają się ciche westchnienia albo nawet przekleństwa, że nie mogą już być tam, na przedzie. Pocąc się i sapiąc nasi noszowi, nie zważając na ciężki ogień artyleryjski, przynoszą rannych. Dzielni chłopcy pozwalają sobie ledwie na krótką przerwę na papierosa, i już znowu spieszą na przednie linie. Kazałem urządzić punkt opatrunkowy właśnie na dworcu, z tego względu, że jest tam do dyspozycji dużo wody, zapewniony jest lepsza i bezpieczniejsza możliwość odtransportowywania rannych i miejsce jest jednak lepiej chronione przed ciężkim ogniem artylerii niż na przedniej linii, gdzie wróg ma w nie wgląd. Ale być może da się znaleźć jeszcze inne wyjście, zaraz za najbardziej wysuniętą linią. Na krótki czas pozostawiam opiekę nad rannymi spokojnym i pewnym rękom Unterarzta i Sanitäts—Feldwebla; wołam mojego motocyklistę.

Jadąc na złamanie karku, na przełaj przez zaorane pola docieramy zaraz za przednią linię. Na skraju lasu leżą liczni, stękający ranni, potrzebujący pomocy. Szybko się nimi zajmuję. Panuje żywy ruch. Obok przenoszona jest amunicja; przez najcięższy ogień prowadzi też tutaj droga dzielnych noszowych. Personel sanitarny opatrywał rannych na leżąco, na najbardziej wysuniętych stanowiskach, i tamował grożące życiu krwotoki; swoją odpowiedzialną pracę mogli wykonywać co najwyżej za małą muldą ziemi, na klęcząco. Ledwie trochę podnosili głowę — padał wściekły ogień karabinów maszynowych. Czołgając się za osłonę przenoszono rannych kolegów. Zbliża się znowu jakiś oddział; nagle: głośne wycie w powietrzu, szybko położyli nosze i uciekają do ukrycia. Pocisk uderzył cholernie blisko, mijają sekundy; ale już znów się podnoszą, biorą swoje nosze i spieszą dalej. Ciężko ranni otrzymują teraz herbatę z manierki sanitarnej, morfinę na silne bóle. W akcji są teraz też wszyscy pomocniczy noszowi (Hilfskrankenträger).

Ale teraz ogień Francuzów koncentruje się na skraju lasu, przy którym pracuję. Ze straszliwym wyciem 20 metrów przede mną w drużynę pionierów uderza pocisk artyleryjski, pozostawiając za sobą rannych i martwych. Jest niemożliwe, by na tym skraju lasu urządzić choćby tylko Verwundetennest (pierwszy punkt udzielania pomocy rannym). Na szczęście w pobliżu znajduje się stanowisko przodków 14. kompanii, która, tak samo jak swego czasu w Polsce, częściowo przejmuje z tego miejsca odtransportowywanie rannych swoimi pojazdami silnikowymi. Następnie wracam, najpierw do fermy Vernaux, gdzie ze stanowiska dowodzenia pułku piechoty telefonicznie żądam od dywizji nie tylko większej ilości sanitarek, ale także plutonu noszowych. Potem znowu do Truppenverbandplatz.

Tymczasem dociera tam nasz zbrojmistrz (Waffenmeister). Zbiera dane osobowe rannych i wypełnia zawieszki identyfikacyjne (Verwundetenzettel). Jako, że jest coraz więcej rannych kontrola i porządek są niezbędne. Transport do Truppenverbandplatz odbywa się teraz od jednej strony. Lekko ranni sadzani są na ławkach i muszą czekać. Ciężko ranni, w zależności od powagi przypadku otrzymują leża na materacach albo kocach. Na karcie identyfikacyjnej rannego bezzwłocznie zostają zaznaczone przez Sanitäts—Unteroffiziera każde zastosowane środki jak opatrunek, tabletki, dawki morfiny, zastrzyki przeciwtężcowe, także termin do udzielenia następnej pomocy albo transportu do najbliższego szpitala wojskowego (Kriegslazarett). Noszowi niezmordowanie znoszą rannych z postrzałami płuc i brzuchów, przestrzelinami ud i ciężkimi ranami od odłamków granatów. Lekko ranni z zadraśnięciami od postrzałów na głowach albo ramionach albo lekkimi ranami od odłamków na ciele idą sami albo prowadzą się wzajemnie. Każdy z nich dostaje najpierw herbatę albo kawę, później tylko już świeżą wodę ze studni, bo nie wystarczają już wszystkie manierki zwykłe i sanitarne. Wielkie pragnienie powstające w wyniku dużej utraty krwi może być ugaszone. Wielu — z powodu przypływów słabości albo problemów z pulsem — musi otrzymać środki nasercowe. Pierwsi ranni dostają surowicę przeciwtężcową. Później trzeba już pozostawić to zadanie — w związku z dużą ilością rannych — personelowi głównego punktu opatrunkowego (Hauptverbandplatz). Wszystkie opatrunki i opaski zaciskowe są jak najdokładniej doglądane, częściowo zmieniane. Trzeba założyć wiele szyn, unieruchomić sąsiadujące ze sobą stawy.

W tym czasie cała przestrzeń budynku dworca, placu dworcowego a także wielki peron wypełniły się rannymi. Znosi się wszystko co możliwe, by można było położyć rannych — także nasze śpiwory i płaszcze. Wszyscy ranni po udzieleniu pomocy są teraz sadzani i kładzeni tak, jak tego wymaga odtransportowanie. W międzyczasie podjeżdża sanitarka, która niestety może zabrać tylko ciężko rannych (wykrwawionego żołnierza z przestrzelonym ramieniem, dwóch ze złamaniami postrzałowymi kości udowych, jednego z postrzałem kolana i jednego z postrzałem głowy). Także kierowca naszego pojazdu osobowego zostaje zaangażowany i wozi lekko rannych do głównego punktu opatrunkowego. Ale to tyko kropla w morzu potrzeb. Ciągle jeszcze czekamy na większą ilość sanitarek.

Nasi żołnierze także na Truppenverbandplatz są dzielni jak w walce. Lekko ranni rozumieją sami przez się, że nie udziela im się pomocy ze względu na ciężko rannych. Nie słyszy się żadnej skargi, jęków, najwyżej tylko pytanie: "Opatrzyli już wszystkich ciężko rannych?". I nawet ci proszą jeszcze ,żeby zająć się najpierw innym kolegą, bo ten ma najwyraźniej jeszcze cięższą ranę. Pewien Unteroffizier z powierzchownym postrzałem przeklina, że nie może już brać udziału w walce, a wielu ciężko rannych pyta, ile potrwa, nim znów będą zdrowi, czy nie spóźnią się na końcowe walki. Jakiś Feldwebel martwi się tylko o swój pluton, którym tak chętnie dowodził i który musi teraz opuścić. Przy tym ma postrzał w płuco — pocisk został w środku — niebieskie wargi i zły puls. Wielu pyta, czy ujdzie z życiem. Potakujemy im. Często nie jest łatwe odpowiadać kolegom na to pytanie z radosną miną. Ale robimy to, aby ich pocieszyć i podnieść na duchu, i wdzięczny uśmiech przebiega przez usta. Nasze papierośnice są oczywiście wszystkie puste; bo każdy chce papierosów.
*

Nagle znów podjeżdża pojazd z 14. Kompanii z rannymi. Za mną słyszę dobrze znany głos mojego dowódcy batalionu "Gdzie jest Oberarzt?". Obracam się. Przede mną leżą dwaj ciężko ranni na noszach. Nie! Pierwsze spojrzenie: jeden z nich nie żyje, to nasz Frischer, kochany kolega, adiutant naszego batalionu. Jeszcze przed kilkoma godzinami razem śmialiśmy się i cieszyliśmy z naszych sukcesów. Teraz leży przede mną: nieruchomo i niemo, z bladą twarzą. Odłamek granatu zakończył nagle jego młode życie. Ledwo mogę to pojąć. Ale tylko nie myśleć o tym! Dalej do pracy! Zbyt wielu rannych czeka na naszą pomoc.

Dociera właśnie sześć wyczekiwanych sanitarek, z dowódcą kompanii sanitarnej. Przywożą ze sobą drużynę noszowych. Kompania sanitarna zrobiła co mogła; ledwo zaalarmowana, była już w drodze, nie mogła jednak szybko jechać na przepełnionych oddziałami drogach. Sanitarki zostają szybko załadowane rannymi — po części leżącymi, po części siedzącymi. Dowódca kompanii sanitarnej oddaje do dyspozycji jeszcze swój samochód osobowy, a sam siada na motocykl. Tak więc łapiemy trochę oddechu.

Ale ciągle są przynoszeni nowi ranni. Nie są tylko z naszego batalionu, ale też z pionierów, artylerii i z innych jednostek. Dwóch noszowych, którzy niezmordowanie przynosili rannych mimo silnego ognia, zostaje teraz przyniesionych jako ranni. Jeden z nich umiera następnego dnia przy kompanii sanitarnej, na skutek ciężkich obrażeń, śmiercią bohatera który wiernie wykonywał swój obowiązek.
*

Sanitarka za sanitarką jadą teraz dalej, aby jak najszybciej zawieźć rannych do Kriegslazarettu w Mézeries, i tak opróźnia się nasz Truppenverbandplatz. Był zresztą najwyższy czas, bo liczba rannych tak wzrosła, że — mimo środków prowizorycznych — nie mieliśmy już nic, aby ich na tym położyć. Nasze wyposażenie sanitarne (Truppensanitatsausrüstung) sprawdziło się i sprostało nawet tym wyśrubowanym wymaganiom.

Około godziny 23 robi się spokojnie. Dwie sanitarki jadą jeszcze na pierwszą linię i wracają załadowane do pełna. O północy przychodzi nasz dowódca batalionu i opowiada nam o duchu ataku i dzielności batalionu. Jeszcze tej nocy nasz batalion ma być zluzowany i ma odpocząć. Śmiertelnie zmęczeni padamy na nasze koce i zostajemy, bo Truppenverbandplatz zostanie przekazany dopiero przed południem.

Jest cisza, osobliwa cisza. Żadnych jęków, żadnych lamentów. Słońce, które wielu naszym kolegom zaświeciło dzisiaj ostatni raz, już dawno schowało się na zachodzie.
*

Za męstwo w bitwie pod Villers-en-Argonne Unterarzt, Sanitäts-Feldwebel, Sanitäts-Unteroffizier i jeden noszowy otrzymali Krzyże Żelazne II klasy.

źródło: Die Soldatische Tat im Westen, red. E. Wittek, Berlin 1941 r, tłum. Hainrich




Wśród bolszewików zapanowało zamieszanie. Miotacz ognia niósł do okopów śmierć...



3. Dywizja Pancerna została utworzona 15 października 1935 r. w Wünsdorf niedaleko Berlina. Nazywana była "Dywizją Niedźwiedzia"...



Stalingrad - reportaż radiowy o walkach miejskich z września 1942 r. w .mp3!



FmW 41 - powstanie, budowa, zastosowanie



Rakietnica Leuchtpistole LP-38


Śpiewnik saperski - ściągnij .mp3