Dowódcy synchronizują zegarki. Na most wbiec mamy bez względu na wszystko o godzinie 13:15...



Bunkerkanonen am Albertkanal - 3,7 cm Pak w walce z bunkrami nad Kanałem Alberta



Kalendarz imprez grupy





[Rozmiar: 20611 bajtów]


Autorzy Autorzy Autorzy Bibliografia Marsze Galeria
[Rozmiar: 2610 bajtów]
Rekrutacja


Wysunięty punkt opatrunkowy na Krymie
1941 r.


wspomnienia: Unterarzt dr Werner Neuparth
To była z pewnością najbardziej przygnębiająca okolica, jaką dotąd widzieliśmy w Rosji. Teren, jaki do tej pory znaliśmy tylko z filmów i zdjęć z pierwszej wojny światowej. W tutejszym gęstym drzewostanie nie było drzewa, które nie zostałoby pokiereszowane przez tuziny odłamków granatów i pocisków. Lej obok leja. W bezpośrednim sąsiedztwie naszego Truppenverbandplatz naliczyliśmy prawie dwadzieścia martwych koni. Ziemia była gęsto usiana porzuconą amunicją. Wszędzie leżały połamane karabiny. Między tym widać było masę martwych bolszewików. Szczęście, że było zimno! Kto wytrzymałby odór?

Od 23 listopada 1941 r. przed nami walczyła wzmocniona kompania. Odległość od naszych czołowych dołków strzeleckich do wroga wynosiła w gęstym podszycie leśnym często tylko trzydzieści, a pole strzału tylko kilka metrów. Tutaj rosyjski front wcinał się w nasze stanowiska jak nos. Wróg bronił go przy użyciu ilości broni i amunicji, z jaką wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Tuziny moździerzy strzelało prawie cały dzień. Często naliczaliśmy do 40 wybuchów na minutę. Trwało to godzinami. Do tego doszedł ostrzał terenu przez działa przeciwlotnicze, przeciwpancerne i ciężką artylerię. Wróg bez przerwy ostrzeliwał drogę i fragment lasu po jej obu stronach.

Tu przy tej drodze urządziliśmy Truppenverbandplatz. Pierwotnie znajdował się przy zluzowanym przez nas oddziale, 300 metrów dalej z przodu, w zniszczonych domach. Teraz jednak z powodu silnego ostrzału odtransportowywanie stamtąd rannych w ciągu dnia nie było możliwe. Trzeba było przekroczyć otwartą przestrzeń przed domami, w którą wgląd miał wróg. Szybko przekonaliśmy się, że Rosjanie zaczynali tam strzelać nawet do pojedynczego żołnierza — gdy tylko wszedł na tę przestrzeń — z działa przeciwlotniczego. Tutaj jednak na przedzie, w mocnym schronie przy ścianie domu, znajdował się Kompaniechef z pocztem dowódcy kompanii. Był tam też wysunięty obserwator (VB) naszej artylerii i żołnierze z 13. i 14. kompanii. Było tego z 30 chłopa, z telefonistami, radiotelegrafistami i gońcami.

Siedziałem z trzema pomocniczymi noszowymi (Hilfskrankenträgern) z orkiestry pułkowej (Regimentsmusik) w stosunkowo obszernym schronie sanitarnym przy drodze.

Początek grudnia 1941 r. Dotychczasowe straty były duże. Wszyscy oczekiwali wielkiego ataku na Sewastopol. Żołnierze na przedzie nie mogli używać ognia do ogrzewania się. Ale od wczoraj panowała odwilż. To znaczy, nie cieszyliśmy się z tego, bo na zewnątrz człowiek zapadał się teraz aż do połowy cholewy w gęste, lepkie błoto. Także szybkie odtransportowywanie rannych zaczęło być problemem. Czy furmani Panjewagen (chłopskich wozów używanych przez armię; nazwa wywodzi się jeszcze z I wojny światowej — przyp. tłum.), którzy dzień i noc czekali w gotowości trzy kilometry od nas, poradzą sobie z zadaniem w tych warunkach?

Godzina 4.00! Było zupełnie ciemno i mgliście. Stawili się pierwsi chorzy. Jeszcze przed świtem musieli wrócić do swoich dziur, bo inaczej zobaczyłby ich wróg. Tak więc miał teraz miejsce apel chorych.

"Każdy jeden żołnierz jest pilnie potrzebny! Proszę posyłać możliwie mało chorych na tyły!" — powtarzał ciągle Kompaniechef. Trudno być sprawiedliwym dla obu stron. Lekarska świadomość odpowiedzialności mogła sama rozstrzygnąć. Były typowe skutki przeziębienia, spowodowane siedzeniem w lodowatych dołkach strzeleckich: zapalenia pęcherza, które ze swoim parciem na mocz było dla kolegów męczarnią, bo nie mogli opuścić swoich dziur. Odmrożenia na stopach i dłoniach, kaszel, katar i reumatyzm. A najlepszego leku na to, ciepła, nie można było tutaj przepisać. Wszystkim jednak trzeba było pomóc. Odpowiedzialność była wielka. Ciężkie przypadki musiały być odesłane na tyły. Przez to jednak linia frontu stawała się coraz słabsza. Uzupełnień nie było prawie wcale.

Przyszli już trzej lekko ranni. Mieli dobry humor. Jeden chciał za wszelką cenę zostać tam z przodu. Zameldowali, że przy plutonie A trzeba ściągnąć na noszach ciężko rannego. Moi trzej pomocniczy noszowi muszą go zanieść do Truppenverbandplatz; kompania nie miała już zwykłych noszowych (Krankenträger), którzy mogliby na dłuższy czas opuścić swoje plutony, aby przenieść do nas rannych, co było do tej pory regułą. Przyszedł tylko ktoś, by wskazać drogę. Moi ludzie wrócili dopiero po godzinie, od stóp do głów uwalani błotem. Było już jasno. Właśnie znów zaczął się morderczy ogień granatów. Szybko podano nosze do schronu. Zdruzgotane lewe udo, ale bez silnego krwawienia. Zastrzyk morfiny szybko zażegnał wszystkie bóle. Dręczyło jeszcze tylko pragnienie. Przyzwyczailiśmy się już do oddawania większej części naszej kawy rannym; chwilowo nie było możliwe otrzymanie dodatkowych porcji napoju dla Truppenverbandplatz. Herbaty też nie mogliśmy ugotować. Pozyskiwanie wody pitnej było zbyt trudne, a nasz piecyk był starą, dymiącą, blaszaną skrzynką, na której nie dało się nic zagotować. Ranny został szybko opatrzony. Dziesięć minut później spał.

Na zewnątrz rozpętało się teraz piekło. O odtransportowaniu rannego nie można było w ogóle myśleć. Nikt nie mógł też wytknąć głowy ze swojej ziemianki. Ze stukotem na nasz dach spadał deszcz odłamków. Któż chciałby teraz wyjść na drogę? Tam! Kto to jest? Dwóch żołnierzy szukających uszkodzeń przewodów łączności, z naszego sztabu. W największym spokoju na skraju lasu sprawdzają kabel.

"Zwariowaliście? Chodźcie do nas!" ale podoficer śmieje się: "Mi jeszcze nigdy nic się nie stało!".
Pięć minut później głośne wołania o pomoc: "Sanitäter!!!" — jednak obu załatwiło. Teraz wzywa nas obowiązek. Inaczej byłoby szaleństwem wystawiać się na taki ogień. Znów wołają głośno. Sąsiednie ziemianki przekazały. A więc – hełm na głowę i na zewnątrz!

Po paru minutach mamy ich obu w schronie, są tylko średnio ranni na plecach i na ramionach. Zdążyli jeszcze na czas paść na ziemię, gdy nadleciał pocisk. Obaj byli jeszcze całkiem oszołomieni.
"Widzicie! Mogliście poczekaj tutaj dziesięć minut." — "Gdybyśmy to tylko wiedzieli!"

"Odebrać rannego przy plutonie B!" — woła ktoś do schronu. "Nie mamy ludzi do noszenia!" "Można iść tam w ciągu dnia?" "Właściwie nie, Herr Unterarzt!"
Właściwie nie! Dla naszych noszowych znaczy to: hełm na głowę i znowu na zewnątrz, w błoto. W żelazny grad! Wiemy, że każdy Kamerad tam na przedzie spełnia swój obowiązek w pewności: jeżeli coś mi się stanie, tak szybko jak to możliwe zatroszczą się o mnie. I ja muszę teraz pobiec do punktu dowodzenia kompanii, zatelefonować. Musimy zobaczyć, czy da się podciągnąć Panjewagen aż na odległość 500 metrów od Truppenverbandplatz. Przedostaję się aż do otwartej przestrzeni. Jest tam z boku zakryta ścieżka, na której jest się przez wroga widzianym dopiero później. Dalej stoi spalona szopa. Od niej kilkoma dużymi, szybkimi skokami trzeba pokonać pole, i jest się za dającą ochronę ścianą domu przy punkcie dowodzenia kompanii. W drodze cztery razy muszę paść na ziemię; potem skoki. Ledwie jestem za osłoną, strzela działo przeciwlotnicze. Panjewagen zostaje zamówiony mniej—więcej na 12:00. Teraz tą samą drogą z powrotem. W międzyczasie docierają do mnie chorzy tych drużyn, które mogą opuścić swe dołki tylko w dzień, bo w nocy wróg słyszy każdy dźwięk i strzela. Wtedy bez tchu wpada ożywiony Obergefreiter:
"Trzeba zaraz nosze na tę otwartą przestrzeń. Dostaliśmy bezpośrednie trafienie w nasz bunkier. Trzech nie żyje, ale Unteroffizier jeszcze się rusza! Jego prawe ramię krwawi. Woła swoją matkę. Chodźcie szybko, Herr Unterarzt! Jest tam na tej polanie, gdzie pan właśnie biegł!"

Mój Boże! Nie mam tutaj już ani jednego noszowego. Nie wrócili jeszcze od plutonu B. A tu leżą trzej ranni. "Dobra, idę!". Chory musi uważać na ciągle jeszcze śpiącego ciężko rannego. Ja wybiegam na zewnątrz. Może jeszcze da się pomóc. Znowu w kierunku otwartej przestrzeni, z torbą lekarską w dłoni. W połowie drogi wychodzi mi naprzeciw Stabsfeldwebel: "Za późno, Herr Unterarzt! Wszyscy czterej nie żyją, Unteroffizier P. też. To wszystko byli ludzie z mojego plutonu."

A więc znowu z powrotem! Przy schronie spotykam się z moimi noszowymi. Przynieśli Leutnanta B. Po drodze jednemu z nich przez płaszcz przeleciał odłamek. Nikt jednak nie został ranny. Dokładne badanie. Leutnant miał odłamek w plecach. Miał szczęście! Płuco nie zostało uszkodzone. Nie chciał w to ani trochę uwierzyć. — "Ale kłuje, przy oddychaniu! Wyliżę się, doktorze?" — "Ależ pewnie!" — "Więc mogę zapalić papierosa?" — "Oczywiście".

Apel chorych trwa dalej. Nagle – niepokojąca cisza na zewnątrz. Dlaczego nie pada żaden strzał? Wszystko się nagle urwało. — Aha! Zaczął się program bolszewickiego podżegacza z megafonem: "Niemieccy żołnierze! Czy chcecie cieszyć się z waszego urlopu wśród rodziny? Chodźcie więc do nas!" — za jak głupich właściwie ma nas ten cham? "Droga do urlopu owszem wiedzie przez Sewastopol, tu ma rację" mówi Leutnant B. — "ale inaczej, niż sobie Ruski myśli!" — Tak, taką mamy wszyscy nadzieję.

Po dwóch godzinach zamówiony Panjewagen był na miejscu. Podciągnąć go całkiem naprzód nie mogliśmy, z powodu ciężkiego ostrzału. Tak więc moi trzej żołnierze musieli jeszcze dwa razy brodzić przez błoto z noszami, aż za wzgórze, gdzie stał wóz. Co to za wysiłek, może zrozumieć tylko ten, kto sam raz już niósł nosze w tym terenie.

Około 14:00 mogliśmy zacząć śniadanie. Do tej pory nie było na to czasu. Potem materiał sanitarny został uporządkowany i przejrzany, zaznaczono do uzupełnienia to czego brakowało. Ktoś dostał zadanie zatroszczenia się o oświetlenie na dzisiejszy wieczór. Świece były tutaj rzadkim luksusem, nafty nie było. Lamp karbidowych jeszcze nam nie dostarczono. Ale żołnierz nigdy nie przestaje się uczyć. Między drzewami wisiał kilometrami porozrywany, stary rosyjski kabel polowy. Tego potrzebowaliśmy! Rozpina się go w schronie, tu i tam. Jeżeli zapali się drut w jednym miejscu, jasny płomień wędruje wzdłuż niego. Jeden metr pali się przez dwadzieścia minut. Świetna rzecz! Przez trzy tygodnie pracowaliśmy przy tym świetle.

Moi noszowi musieli dzisiaj jeszcze trzy razy nieść rannych do Truppenverbandplatz, przez głębokie po kolana błoto — prawie zawsze w ciężkim ogniu artylerii. Żaden z nich nie narzekał. W ciszy i jakby był oczywisty wykonywali swój obowiązek. Wielu pomocniczych noszowych z kapeli pułku zostało rannych, kilku poległo. Prawie każdy miał już Żelazny Krzyż.

Nasze Panje—koniki prawie nie mogły już ciągnąć. Tylko w zaprzęgu po cztery były w stanie przejść przez breję. Wiele padało z braku sił. Jeden był już ranny. — Znów zrobiło się ciemno. Około 18:00 przyszli tragarze z jedzeniem. Czy przyniosą pocztę? Gdyby tylko przestała strzelać artyleria! Mieliśmy szczęście, na drodze zrobiło się spokojniej. Napełniono nasze menażki.

"No co jest? Napełnione nawet nie do połowy i lodowate! Gefreiter! Przyjdźcie no tutaj. Czy kompania na przedzie też dostaje tylko tyle?" — "Tak jest, Herr Unterarzt. Spieß powiedział, że inaczej nie da rady. Straciliśmy cztery termosy. Gdy rano i wieczorem musimy przynieść kawę, nie możemy już przynieść jedzenia."
"Aha! A wlewacie do termosów też już zimną, co?! No, pójdę sobie z wami do Kompanietrupp." — Znowu droga przez płaszczyznę. Teraz w ciemnościach możemy być mniej ostrożni. Idziemy prosto ku domom. I tak raz musieliśmy paść w błoto.

Potem doszliśmy na miejsce. Poprosiłem Oberleutnanta by rozkazał, że każdy ma dostawać pełną menażkę, i żeby jedzenie było ciepłe. Wszystko da się ustalić. Wystarczy jeżeli każdy dostanie rano pełną manierkę, a wieczorem tylko połowę jej zawartości. W zimie to w pełni wystarczy. Zwolnione w ten sposób miejsce w termosach może być wykorzystane do przenoszenia jedzenia. Załatwione!

Teraz znów mogłem wracać. Ileż razy przechodziłem już tą drogą! Było tak ciemno, że trudność sprawiało ponowne znalezienie mojego schronu. Przez leje, obok końskich trupów, szedłem po omacku naprzód. Po drugiej stronie słyszałem ciągniki wroga, które z pewnością przywoziły amunicję.

Właśnie przyniesiono rannego z postrzałem płuc. Zajęli się już nim moi ludzie, zakładali fachowy szczelny opatrunek na plecach. Poprzez lepsze ułożenie osiągnęliśmy jeszcze ułatwione oddychanie. Zastrzyk pomógł ukoić bóle. Był to dziewiętnastoletni strzelec, szeregowiec. Właśnie dostał pocztę. I wtedy go załatwiło.

"Koledzy, przeczytajcie mi list!" — prosił z wysiłkiem. Któryś to zrobił. Był to list zatroskanej matki – taki jak milionami wędrują każdego dnia na front.
"Jest źle, Herr Unteratrzt?"
"Tak źle znowu nie! Niedługo zostaniecie przetransportowani do Hauptverbandplatz (głównego punktu opatrunkowego). Tam was znów wyleczą."
"Myślę, że koniec ze mną!"
"Ale dlaczego? Głowa do góry, mój chłopcze! Wszystko będzie znowu dobrze!"

Wysłałem któregoś do telefonu, by zamówił Panjewagen. Wkrótce zameldował się z powrotem. Wóz będzie bezzwłocznie wysłany. Minęła godzina. Przechodzący goniec odsunął naszą zasłonę:
"Bolszewicy właśnie się przełamali. Muszę szybko sprowadzić kompanię odwodową z batalionu. Połączenie jest przerwane!"
"Gdzie się przełamali, ilu i kiedy?" wołamy za nim. Ale goniec brodził już na zewnątrz przez błocko. Nim dotrze do punktu dowodzenia batalionu, minie 45 minut, zanim kompania odwodowa będzie mogła być skierowana tutaj do walki – ponad godzina.
"Co robimy Herr Unteratzt? Musimy się wycofać?"
"Chyba zwariowaliście! Przeczekać! Nie będzie tak źle! Może to oddział zwiadowczy, który zabłądził. Więc – zgasić światło. P. idzie do rannego. Każdy bierze dwa granaty!"
Tak, zorganizowaliśmy je sobie tutaj. Nasi poprzednicy przeżyli nieprzyjemną niespodziankę i gorąco nam to doradzali. Mieliśmy też parę karabinów. Nas nic nie przestraszy. Nic też się nie zdarzyło. Zaczął się tylko silny ostrzał rosyjskiej artylerii. Kompania odwodowa nie musiała się niczym zajmować, gdy dotarła na miejsce. Przełamało się tylko kilku sowietów, których szybko przegoniono z powrotem.

Teraz jednak trzeba było przetransportować rannego. Straciliśmy cenny czas. Tylko gdzie jest wóz? Jeszcze raz telefon. Przed trzema godzinami pomocniczy noszowy V. wyjechał razem z furmanem. Zagadka! Mały V., gdzie on mógł się podziać? Ranny dostał jeszcze jeden zastrzyk. Pocieszaliśmy go, że wóz może nadjechać w każdej chwili. Zrobiła się godzina 23:00. Czy mam posłać moich wykończonych ludzi z noszami jeszcze raz do miejsca postoju wozów? W tych ciemnościach, przy tym błocie? Do pokonania 2,5 km potrzebowaliby trzech godzin. Nie! Pobiegłem jeszcze raz przez płaską przestrzeń do telefonu. Ta sama informacja. Ale będą sprawdzać, co się stało. Pomyślałem o liście matki rannego. Po pewnym czasie chciałem zdecydować się już na przeniesienie rannego na noszach. Wtedy około 1:00 bez tchu dotarł mały V. Prawie, że padał na ziemię.

"Herr Unterarzt, to było straszne! Od godziny 20 jesteśmy w drodze. Przy pierwszym wozie w połowie drogi złamał się dyszel. Musieliśmy znowu wrócić do doliny, żeby wziąć inny wóz. Ten utknął na pierwszym zboczu aż po osie w błocie. W tych ciemnościach nie widać, gdzie się jedzie! Wzięliśmy trzeci wóz. Ale konie już nie mogły; dwa padły. Panjewagen stoi 20 metrów stąd. Jeść też nic dzisiaj nie jadłem!!!"
"Ale jesteś dobry chłop, V.! Tak źle nie będzie codziennie!"

Ranny został już załadowany na wóz. Za około trzy godziny może być na Hauptverbandplatz. Około godziny 2 mogliśmy położyć się na swoich zimnych, twardych jak kamień łożach. Wtedy! Głośny krzyk bólu, i głuchy dźwięk czegoś padającego na ziemię przed naszymi drzwiami.
"Wstawać! Światło! Na zewnątrz! Coś się stało!" Wyszedłem na zewnątrz. Wielka, biała masa leżała przed wejściem. Co to było? Siwek, który oberwał śmiertelnie odłamkiem. To był głośny krzyk, który usłyszałem. Jest przy nim może jakiś żołnierz? Nie! Z pewnością jeden z błąkających się Panje—koników.
"Wszyscy do środka, spać!"
"Mam taką nadzieję", mruczy któryś.

W ciągu pięciu minut wszyscy chrapali. Ja jednak widziałem przed sobą obejrzany wcześniej fragment z Wochenschau. Żołnierz został ranny. Dwie minuty później wieziono go w wózku bocznym motocykla do Hauptverbandplatz. Dwadzieścia minut od zranienia już go operowano.

Tak, to nie było na Krymie! Ale to, czego tutaj pod Sewastopolem dokonuje nasz personel sanitarny, oceniać należy wyżej. Także my ryzykujemy w dzień i w nocy nasze życie dla naszych rannych Kameraden. Także przy niekorzystnych uwarunkowaniach robimy wszystko, co jest w naszej mocy, aby przynieść jak najszybciej pomoc.

źródło: Die Soldatische Tat - der Kampf im Osten, red. E. Wittek, Berlin 1943 r, tłum. Hainrich




Wśród bolszewików zapanowało zamieszanie. Miotacz ognia niósł do okopów śmierć...



3. Dywizja Pancerna została utworzona 15 października 1935 r. w Wünsdorf niedaleko Berlina. Nazywana była "Dywizją Niedźwiedzia"...



Stalingrad - reportaż radiowy o walkach miejskich z września 1942 r. w .mp3!



FmW 41 - powstanie, budowa, zastosowanie



Rakietnica Leuchtpistole LP-38


Śpiewnik saperski - ściągnij .mp3